Zaczyna się niewinnie.
Budzisz się rano i nie masz siły, żeby odrzucić z siebie kołdrę.
Kupiłeś lekką, idealną na 365 dni w roku, ale tym razem wydaje Ci się jak wypchana gęsim puchem, ciężka, przytłaczająca.
W końcu jednak wstajesz, idziesz do łazienki, automatycznie załatwiasz potrzeby i gapisz się na siebie w lustrze.
Nie czujesz nic. Ani z Ciebie ładne, ani brzydkie. Po prostu się gapisz.
Praca leci Ci z rąk. Zapomniałeś do kogoś zadzwonić, więc ktoś zadzwonił do Ciebie z pretensją.
Myślisz sobie, każdy może mieć gorszy dzień. Ja też.
Odliczasz kwadranse do wyjścia, nie możesz się skoncentrować, wreszcie łapiesz teczkę i wychodzisz.
Pozorne poczucie ulgi mija, kiedy otwierasz drzwi do mieszkania i przypominasz sobie, że musisz zrobić pranie.
Czyli wysypać brudy z kosza.
Posegregować.
Wrzucić do pralki.
Sięgnąć po proszek.
Wsypać proszek.
Sięgnąć po płyn.
Wlać płyn.
Wybrać program.
Nacisnąć Start.
Pozostałe brudy wrzucić z powrotem do kosza.
Już na samą myśl o tym tracisz chęć.
Postanawiasz, że jutro zrobisz pranie.
I tak go w końcu nie robisz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz